czwartek, 12 lipca 2012

Ze Skierniewic do Bałtyku rowerem w 1 dzień

    Tym razem nie będzie o głupotach typu polityka czy ideologia. Skupię się na czymś poważniejszym i dostarczającym więcej radochy - na rowerku.

     Od dziecka lubiłem jeździć na rowerze a od około 15 roku życia zacząłem robić coraz to dłuższe trasy. W wieku 15 lat wybrałem się z kolegą ze Skierniewic do Łowicza i okolic i wyszło mi aż 70km w 1 dzień, rok później przebiłem granicę do 120km/dzień. W 18 urodziny pojechałem ze Skierniewic do Wyszogrodu plus trochę po okolicy i napedałowałem 170km. Rower cały czas ten sam - stary góral z 11 urodzin. Opony 26*1.75. Łatwo nie było. Ponad rok później (18.08.2005) jeszcze raz wybrałem się nad Wisłę, tylko tym razem postanowiłem w Wyszogrodzie skręcić i jechać na Nowy Dwór Mazowiecki a potem aż nad Zalew Zegrzyński. Piękna okolica - polecam wszystkim z Warszawy i okolic. Następnie dojechałem aż do Serocka i stamtąd z powrotem do Skierniewic. Przy wjeździe do Skierniewic miałem na liczniku 270km to popedałowałem jeszcze z 1-2h po lokalnych drogach i wróciłem do domu z wynikiem 300km.


Wyświetl większą mapę
I wtedy wpadłem na pewien pomysł. A jakby tak dojechać nad morze rowerem w 1 dzień?

      Jako dziecko jeździłem z rodziną nad morze niemal co roku choćby na parę dni i któregoś lata wpadłem na pomysł aby jechać rowerem nad morze. Oczywiście miała to być sprawa kilku dni i najlepiej kilku osób. Dopiero jak zrobiłem 300km/dzień to realny stał się plan jednodniowej samotnej wyprawy. Było jednak kilka problemów.

      Wakacje 2005 kończyły się. Na taką wyprawę trzeba było funduszy i większego rozeznania. Dodatkowo kolejne wakacje spędzałem w pracy w Polsce i za granicą - w USA. W 2006 niemal nic nie jeździłem. W 2007 w USA jeździłem sporo na takim oto rowerku z "garage sale"


Opony 26 *1.75. Jakiś stary góralek dla panienki, która zamiast jeździć wolała oglądać Hannah Montana. No ale jak w McDonaldzie weźmie Diet Coke a nie zwykłą Colę to już jej się wydaje, że cellulit to nie jej problem. Ja za to w 2007 piłem codziennie min 2l zwykłej Coli (stąd xywa) i przez 3 miesiące schudłem z 69 do 64kg. Trzeba było się tylko ruszać i pedałować.

Jednego dnia (24.07.2007) przejechałem 220 mil - 354km po południowym Wisconsin.


Wyświetl większą mapę

Bagażnika brak, więc plecak - ok 5-6kg na plecy a tam izotoniki, jakieś chipsy, kurtka i mapy. Po drodze zwiedzanie kilku punktów. Łączny czas jazdy ponad 18,5h. Po ok 200km zaczęły się górki. Wyjechałem o północy a wróciłem o 23.40. Potem 10 dni zakwasów. Przez pierwsze kilka dni nie mogłem normalnie chodzić. Po takim hardkorze wiedziałem, że wycieczka rowerem nad morze w 1 dzień jest do zrobienia, a na pewno na ciut lepszym rowerze. Do tego droga nad morze wydawała się płaska. Wydawała się...

Kolejne 2 lata to zupełny spadek formy. Niemal zero jazdy. W 2008 pojechałem 100km w jedną stronę i nie mając siły na powrót wróciłem auto-stopem, który podobno w Wisconsin jest nielegalny. Tylko co z tego? Poza tym na "garage sale" ciężko było dobry sprzęt znaleźć. Nowy rower z Walmartu to był rower jednorazowy by dojechać z Walmartu do domu oddalonego o 2-3 mile i potem rower nie nadawał się do niczego innego. Na szczęście można było go od razu zwrócić. W sumie to działało jak wypożyczalnia rowerów za $70. Oczywiście bywało mnóstwo hardkorowych studentów w Ukrainy i Turcji którym nie przeszkadzało, że przerzutki nie działały a hamulce (szczególnie w czasie deszczu) nie działały. Nie ma to jak hamowanie podeszwą jadąc z górki ponad 30km/h. W kapitalistycznym USA nie kupuje się roweru na kilka sezonów ale kupuje się kilka rowerów w sezonie. W końcu biznes musi się kręcić. Inaczej krach!

W 2010 roku będąc ostatni raz w USA trafił mi się dość dobry rower z drugiego obiegu - półkolarka.

 Postanowiłem, że chcę dojechać nad największą rzekę Ameryki Pn - Mississippi. Próbowałem dojechać ze 3 razy. Raz po około 30 milach pękla mi opona z dętką i o 2.30 w nocy na kompletnym zadupiu

Wyświetl większą mapę

złapałem stopa. Dwóch kolesi wychodziło z przydrożnego baru i podwiozło mnie do najbliższego miasteczka. Tam mieszkał mój kumpel który wstał o 6 rano i dojechaliśmy do mojego domu. Druga próba dojechania rowerem z Wisconsin Dells to była masakra. Wstałem o 3 rano. Sprawdziłem ostatni raz prognozę pogody. Zobaczyłem, że się zmieniła i nawet nie wyjechałem :( .

30 lipca 2010 wreszcie udało się dojechać za rzekę Mississippi. Jechałem ścieżką rowerową zrobioną ze starej linii kolejowej.








Jeden z trzech tuneli miał 3/4 mili długości - 1200m. Dla porównania tunel kolejowy na drodze Warszawa-Kraków ma 800m długości. Tunele ciężko było pokonać z latarką LED więc jechało się na ślepo ku światełku. Po ok. 150km jazdy można było podziwiać rzekę Mississippi w jej najszerszym miejscu (z powodu niedalekiej tamy) Na północ od miasta La Crosse ma ok 4 mile - 6.4km szerokości









Niestety na całą drogę powrotną nie starczyło sił i po 260km dorwałem stopa i dojechałem do domu.



Mississippi to wielka rzeka. Większej w życiu nie widziałem. Pełno w niej wody, ale to jednak nie morze, gdzie wody jest więcej. W 2011 tata kupił mi nowy rower ale z powodu braku urlopu oraz wypadku na drodze, kiedy to zwichnąłem sobie bark nie mogłem sobie popedałować. Dopiero we wrześniu trochę.

W tym roku na wiosnę wreszcie mogłem sobie pozwolić na dalekie trasy. Już w marcu zrobiłem ponad 100km w okolicach Łodzi. Potem droga z Łodzi do Płocka do kolegi a następnie do Włocławka - pierwszy raz pedałowałem na Kujawach. Powrót z Włocławka pociągiem oczywiście ale 160km na liczniku było.

20 maja 2012 pierwsza próba dojazdu do Gdańska. Wyjechałem o północy. O 1.40 byłem już w Łęczycy (kiedyś jak tam pracowałem to dotarcie tam na piechotę na dworzec i potem pociągiem zajmowało więcej niż 100 minut - ot efektywność PKP) O 5 rano przed Włocławkiem gdzie widząc zakaz jazdy dla rowerów musiałem zjechać na "ścieżkę rowerową" przez las do Włocławka i zwolnić z 22km/h do około 12km/h przez zimne i wilgotne powietrze. Nie dziwne, że potem przez miesiąc chorowałem, że ani antybiotyki, ani syropy, ani bańki nie pomagały. Nawet wódka (w czasie niebrania antybiotyków) nie pomagała, a jak flaszka nie pomaga na gardło to już masakra normalnie. Włocławek do jazdy na rowerze kompletnie się nie nadaje, ale jakoś z bolącą dupą przejechałem. Następnie Toruń. Na wylotówce z Torunia stanąłem sobie na stacji benzynowej na której kupiłem sobie jakieś napoje i przysiadłem przy stoliku, pogadałem z kasjerami i zjadłem kiełbasę (toruńską oczywiście). 13km za Toruniem koło Chełmży pękła mi opona i dętka od razu. Maksymalnie wkurzony musiałem udać się na piechotę do Chełmży i stamtąd pociągiem najpierw do Torunia, a potem do Łodzi. Do tego potem miesiąc chorowania. Pierwsza próba nieudana :(

16 czerwca 2012 druga próba dojazdu nad morze. Znowu wyjazd o północy. Wszystko po staremu ale po drodze jeszcze kasłałem nie wyleczony nadal. Wprowadziłem pewną zmianę. Zamiast jechać przez Włocławek postanowiłem go ominąć jadąc przez Brześć Kujawski i następnie przebijać się przez jakieś wsie do krajowej jedynki. Niestety za Brześciem trafiłem na jakieś objazdy i trochę błądząc w końcu dojechałem do drogi krajowej nr 1. W międzyczasie na tych objazdach trafiłem na więcej dziur niż we Włocławku. Z deszczu pod rynnę. Dodatkowo od pewnego momentu zaczęło mnie bardzo boleć ścięgno Achillesa. Koło Ciechocinka ból był już za duży. Może gdybym jechał do Torunia to bym kontynuował bo brakowało tylko 20km, ale o morzu nie było już mowy. Skręciłem zatem na Aleksandrów Kujawski, wsiadłem w pociąg do Łodzi i zaliczyłem kolejną porażkę. Był jednak jeden sukces - wreszcie po tej wycieczce wyzdrowiałem. Jak to mówią - klin klinem.

Potem parę razy zrobiłem 100km/ dzień. Kupiłem nowe buty, odczekałem aż ból ścięgna minie i czekałem na dobrą pogodę - najlepiej wiatr południowo wschodni i bez deszczu, ciepła noc i nie za upalny dzień. Dodatkowo postanowiłem, że ze względu na gorące godziny popołudniowe wyjadę o 18.00, a nie o północy.

6 lipca 2012 postanowiłem spróbować 3 raz. Tym razem pierwszy raz ze Skierniewic, a nie z Łodzi. Od 11.00 do 16.00 spałem, potem zjadłem obiad i spojrzałem na termometr, a tam 34 stopnie czyli nie ma co jechać. Postanowiłem odłożyć wyprawę o 1-2h. Ok 19 przyszła burza do Skierniewic. O 20 było już niemal po wszystkim i temperatura spadła do 25 stopni Celsjusza. To mi pasowało. Zjadłem jeszcze kaszankę i o 20.45 wystartowałem.

Dynamo trzeba było włączyć już po kilkunastu minutach na wyjeździe ze Skierniewic. Do Łowicza nie było pobocza, na szczęście niebo nie było jeszcze dość ciemne a i światło w rowerze robiło swoje. Równo godzinę po wyjeździe czyli o 21.45 byłem w Łowiczu, gdzie zatrzymałem się by napić się napoju izotonicznego. Potem wjechałem na dawną krajową dwójkę (słynna trasa Warszawa-Poznań) i stamtąd obrałem kierunek na zachód. Za Łowiczem zobaczyłem na północnym zachodzie kolejną burzę. Po chwili okazało się, że to ja ją gonie, a nie ona zmierza na mnie. Po kolejnej chwili spostrzegłem, iż gonię ją szybciej niż ona mi ucieka. Postanowiłem jechać trochę wolniej i w okolicach miejscowości Bedlno zatrzymać się by znowu popić. Kolejny postój w Kutnie 15 minut przed północą. Tam zobaczyłem, że burza uciekła daleko na północ. Dobrze, że daleko, bo niebawem miałem zmierzać tam. Godzinę później byłem tuż za Krośniewicami (dawne skrzyżowanie krajowej jedynki i dwójki) i zatrzymałem się na stacji benzynowej obok lokalu Leśne Runo. Pozostało jechać już tylko na północ aż do Gdańska. Pół godziny później wjechałem do województwa Kujawsko Pomorskiego.

Jak wiadomo letnie noce między upalnymi dniami mają to do siebie, że na drogach krajowych jeździ dużo TIRów bo w dzień mają zakaz. Tuż za malowniczą miejscowością o nazwie Lubień Kujawski zrobiłem sobie kilkusekundową przerwę na picie i oberwałem po łydce pomidorem. Widocznie jakaś ciężarówka przwoziła pomidory i się jej spieszyło by zdążyć przed porankiem. Kilknaście kilometrów na północ przed rodzinną miejscowością Jana Nowickiego - Kowalem o 2 w nocy przystanąłem koło stacji benzynowej i restauracji. Wypiłem znowu izotonika, przysiadłem i pogadałem z kasjerami o tym, że sporo ludzi z Łodzi i Krakowa tędy nad morze podróżuje, że obok budują autostradę, ale z racji tego, że już po €uro 2012 to autostrady ze Strykowa do Torunia prędko nie będzie. Powiedzieli mi, że niedawno burza szła obok ale poszła na Włocławek. Na koniec spytali mnie dokąd ja jadę a ja im, że nad morze. Przerazili się i życzyli powodzenia.

O 2.50 byłem tuż przed Włocławkiem ale zignorowałem zakaz ruchu dla rowerów, bo nie podoba mi się jeżdzenie po lesie gdzie podobno grasują dzikie zwierzaki w ciemności - nawet dynamo niewiele daje jak się jedzie ok 10km/h. Przejechałem normalnie trasą aż do Włocławka. Nagle z boku coś mi błysło i myślałem, że z racji łamania zakazu jakiś fotoradar mnie pstryka ale potem zaczęło znowu błyskać. Okazało się, że niedawno przeszła przez miasto burza i nadciągała już następna. Postanowiłem dojechać do pewnego otwartego zadaszonego miejsca w mieście przy trasie, gdzie będę mógł usiąść i przeczekać burzę - do dworca PKP. O 3.10 dojechałem tam, usiadłem i po przejechanych 134km postanowiłem skosztować pierwszy posiłek na trasie - wyciągnąłem chleb i kiełbasę i zjadłem trochę. Posiedziałem ponad pół godziny, sprawdziłem prognozy, mapy pogodowe i obserwowałem burzę. Przed godziną 4.00 uznałem, że burza zmierza na północny wschód, natomiast ja jadę na północny zachód. Wsiadłem z powrotem na rower i wróciłem na trasę. Pół godziny przedzierałem się przez Włocławskie dziury i koleiny. O 4.30 wyjechałem wreszcie z tego "miasta", wyłączyłem dynamo i jechałem prosto na Toruń wzdłuż budowanej autostrady A1.

Przed Toruniem zaczęły dawać o sobie problemy karku mimo, że nie miałem plecaka to i tak jadąc ciągle pochylonym plecy bolą. O 6 wjechałem do Torunia. Z naprzeciwka jechał jakiś gówniarz, który był mistrzem lokalnej ksenofobii - widząc mnie jadącego uznał, żem obcy i coś tam krzyczał, że "po co jadę do Torunia, nie wolno jechać do Torunia". Może wyczuł we mnie lewaka a Toruń to przecież prawackie miasto w przeciwieństwie do lewackiej Bydgoszczy. Do tego ten Rydzyk...

Znowu na wylotówce z Torunia o godzinie 6.45 stanąłem na tej samej stacji benzynowej co 20 maja. Kupiłem izotonika i czekoladę. Kasjerzy mnie poznali i myśleli, że jadę drugi raz. Opowiedziałem im co i jak zaszło i życzyli tym razem powodzenia. Toruń to jednak połowa drogi nad morze. O 7.45 mijałem miejsce, gdzie miałem awarię 20 maja. Do tej pory droga była dość równa z nielicznymi wzniesieniami. Wydawałoby się, że dalej będzie równie łatwo. Niestety było inaczej.

Pierwsze problemy pojawiły się w zasadzie tuż za Toruniem, kiedy zacząłem jechać po mokrej drodze a dookoła, żadnych chmur deszczowych. Może ostro padało wcześniej? Nie wiem. Dodatkowo zmienił się wiatr z południowo wschodniego na północny-północno wschodni czyli zamiast w plecy wiał mi w twarz. Poza tym za Chełmżą zaczęły się górki. Wpierw małe a potem trochę większe. O 9 rano w miejscowości Stolno musiałem skręcić z dawnej krajowej jedynki(nowa droga krajowa nr 1 to autostrada A1) na drogę krajową nr 55 do Grudziądza. Tam miałem jazdę pod wiatr, cały czas wzniesienia oraz brak pobocza. Po 45 minutach takiej jazdy wstąpiłem do przydrożnego sklepu, kupiłem kolejne izotoniki i zadzwoniłem do żony mówiąc gdzie jestem.  Potem jadąc do Grudziądza zaliczyłem malowniczy zjazd z moreny pod autostradą A1 tuż na przedmieścia Grudziądza. Tam odwiedziłem jeden sklep wypytując ile jeszcze km do Gdańska i dowiedziałem się, że już tylko około setki. Zamiast jechać planowo drogą krajową nr 55 aż do mostu na Wiśle to jadąc wg drogowskazów przebiłem się na obwodnicę tegoż miasta i dojechałem do mostu drogą okrężną. W Grudziądzu jest ostatni most na Wiśle w wersji full a nie jakieś odnogi jak bywa dalej na północ. Robi wrażenie ale niestety fotek nie robiłem.

O 11.20 wjechałem z powrotem na dawną drogę krajową nr - dziś ma nr 91, podobnie jak dawna 2 ma nr 92. Myślałem, że jadąc wzdłuż doliny Wisły nie będzie dużo górek, ale myliłem się. Prognozy całkowicie się rozjechały. Wiatr wiał jak chciał ze wszystkich stron raz słabo a raz wcale. Zamiast deszczu zapowiadało się upalne popołudnie. W sumie lepszy upał niż deszcz. Tuż przed miejscowością Warlubie miałem do pokonania spory podjazd na morenę. Parę kilometrów dalej wyprzedził mnie rowerzysta z sakwami który też zapewne robił długi dystans. Zapytaliśmy siebie nawzajem skąd i dokąd jedziemy. On jechał z Bydgoszczy do Gdańska. Wyjechał ok. 7 rano i przedzierał się przed drogi rowerowe wzdłuż Wisły ale te drogi podobno istniały tylko na mapach. Kilkanaście kilometrów dalej o 12.30 spotkaliśmy się ponownie pod sklepem spożywczym. Żar lał się z nieba i trzeba bylo robić częste postoje by nie dopuścić do odwodnienia organizmu. On wypił trochę kefiru a ja kupiłem sobie 5 małych Frugo - 3 czarne i 2 czerwone. Potem on pojechał dalej a ja zmieniłem baterię w telefonie i także ruszyłem. Cały czas droga była pofałdowana i podjazdy w upał nie należały do wygodnych. Za miejscowością Nowe znowu spotkałem tego chłopaka, który akurat sobie zrobił przerwę to i ja przystanąłem, napiłem się i potem postanowiliśmy już jechać razem bo tempo (średnio 20km/h) było podobne. Nie byłem pocieszony dowiadując się, że będę jechał w górę i w dół aż po sam Pruszcz Gdański.

O 14 dotarliśmy do Gniewu.



Następnie spory podjazd znowu na morenę i po kilkudziesięciu minutach(15.40) i kilku postojach dotarliśmy do Tczewa. Tam widziałem 3 McDonald na całej trasie. Jednak nie jest tak źle jak w USA gdzie ciężko znaleźć wieś bez McDonalda. Za Tczewem zadzwoniłem do kolegi z Pruszcza myśląc, że dołączy na finiszu. Niestety on był bez pojazdu i do tego w centrum Gdańska. O 16.30 byliśmy w Pszczółkach. Jest tam taki sweetaśny obrazek przy drodze informujący o wjeździe do gminy. O 17.15 rozdzieliliśmy się. Towarzysz podróży pojechał na zachód Gdańska a ja prosto. Nawet w sumie nie wiem jak się nazywał. Tacy byliśmy zajęci podróżą, że nawet, żeśmy sobie nie przedstawili. Niemniej fajnie było razem przemierzać drogi Kociewia.

Będąc już tak blisko nie mogłem odpuścić i nie dojechać. O 17.30 byłem już na przedmieściach Gdańska. Pół godziny później blisko centrum. O 18.30 wreszcie dopiąłem swego i dojechałem.





Nie jest to strój kolarski - to strój roboczy dla ratowników w parku wodnym w USA.O tyle dobry, że mało człowiek się w nim poci a do tego zakrywa sporą część ciała i chroni przed opalenizną. W nocy było 20 stopni więc jechało się przyzwoicie. No ale do rzeczy.

Tuż po przyjeździe jak zaprowadziłem rower przez plaże na sam brzeg (jacyś kolesie z tyłu krzyczeli, żebym dalej nie prowadził bo nie przejadę z tym dalej - niezły joke) dostałem SMS od żony z zapytaniem co się ze mną dzieje. Przed Grudziądzem informowałem, że dojadę około 16. Niestety nie wiedziałem, że będą górki i upał, a poza tym po 300km człowiek jedzie jednak wolniej. No ale po takim SMSie od razu oddzwoniłem obwieszczając, że DOJECHAŁEM.

Na liczniku w telefonie wg GPS 377km. Na rowerowym było coś około 390. Bardziej ufałbym temu satelitarnemu ale i jemu czasem zdarzy się zgubić zasięg a poza tym standardowe odchylenie to było 10m czyli szerokość jezdni. Na tak długiej trasie takie błędy kumulują się w większy błąd.  Z kolei ten rowerowy ma jakąś wadę, że czasami pokazuje prędkość 99.9km/h czym zawyża trasę. Tak czy siak 380km było. Wypadałoby przekroczyć okrągłe 400. Z północy nadciągała burza. Ja zszedłem z plaży i skierowałem się nadmorską ścieżką rowerową do Sopotu. Tuż przed Monciakiem złapała mnie ta burza i miałem przymusowy postój przez godzinę. W międzyczasie zadzwoniłem do rodzinki i znajomych informując o wyczynie. Po burzy wydostałem się z Sopotu i pojechałem do Gdyni. W międzyczasie zostałem ochlapany przez warszawskich burżujów na wakacjach. Na co dzień plują na pracowników a na wakacjach chlapią błotem na rowerzystów. O 21.30 skończyłem wycieczkę przy dworcu głównym w Gdyni. Stan liczników - 402 z GPS 414 rowerowy. Pomijając przymusowy postój z powodu burzy po którym już się ciężko pedałowało(godzina przerwy dla mięśni dała o sobie znać) uznaję, iż zrobiłem 400km w 24h. Stary rekord przebity. Na samym końcu koniec z izotonikami i innymi napojami z witaminkami typu Frugo. W sumie przez całą drogę wypiłem tego ponad 8 litrów (7l izotoników i litr frugo) zjadłem pół laski kiełbasy i kilka kromek chleba oraz jedną tabliczkę czekolady. Na podróż powrotną pociągiem kupiłem sobie 2l Coca-Colę :)

Cała trasa znajduje się tutaj

Pokaż Wyprawa rowerowa nad morze na większej mapie
Pokaż Wyprawa rowerowa nad morze na większej mapie
Pokaż Wyprawa rowerowa nad morze na większej mapie


Rowerem ze Skierniewic nad morze

Plik gpx do pobrania

Godzina 21.30 6 lipca 2012. Okolice dworca głównego w Gdyni. Jakieś laski zaczepiają mnie czy wiem gdzie jest jakiś skwer bo tam ma być zbiórka na Mars Volta. Najlepszego zespołu ostatnich lat słuchają nawet tak niezłe laski - fajna sprawa :) Jednak nie zawsze inteligencja*uroda=constans. Pozostaje mi wrócić do domu. Oczywiście PKP. Wiem, że będą niedługo 2 pociągi do Łodzi i 2 do Warszawy. Wolałem wracać przez Warszawę bo stamtąd częściej jeżdżą Koleje Mazowieckie, gdzie miałem jeszcze zniżkę i nie brali kasy za przewóz rowerów. Pojawił się jednak problem. Nie było żadnego wagonu na przewóz rowerów. PKP jak zwykle przygotowane na wakacje.

Jeśli chcesz jechać nad morze Bałtyckie z rowerem to musisz tam dojechać rowerem i wrócić rowerem. Jeśli jedziesz samym pociągiem to przygotuj się na co najmniej 2h opóźnienie z powodu remontów w Trójmieście, które po €uro 2012 znacznie spowolniły. Jeśli jedziesz samochodem od razu odłóż min. 1000zł na mandaty bo autostrady do Torunia nie ma i długo nie będzie a między samym odcinku Włocławek-Toruń jest minimum 20 fotoradarów. Podobno jak się jedzie do Kołobrzegu to w okolicach Białego Boru jest ich więcej niż okolicznych drzew. Kapitaliści od wałęsy i balcerowicza zniszczyli wszystko co mogli na Pomorzu zachodnim a z czegoś kasę od przyjezdnych brać trzeba - bo przecież nie zarobi się sprzedając 5 małych buteleczek Frugo.

Poza mną było jeszcze 4 rowerzystów jadących do Warszawy. 2 chłopaków którzy kilka dni wcześniej dojechali do Szczecina pociągiem i stamtąd przejechali rowerami wzdłuż wybrzeża oraz ojciec z synek, który sobie normalnie na Pomorzu pomykali. Cała nasza 5 podeszła do kierownika pociągu jadącego do Krakowa przez Warszawę i spytała czy dałoby radę wcisnąć nas i rowery. On tylko spytał czy mamy kasę w gotówce. Z tym problemu nie było i o 6.30 byliśmy już w Warszawie. Stamtąd pociągiem o 7.40 dojechałem do Skierniewic i o 9 po 36 godzinach wróciłem do domu. Dzień później miałem urodziny. Lepszego prezentu niż spełnienie chyba największego z marzeń nie mogłem mieć.

Co dalej? Nie planuje przebijać tego rekordu. W sumie z wiatrem po płaskim dałoby radę. Chcę w te wakacje pojechać jeszcze do Krakowa rowerem. To tylko! około 250km ale górki będą pewnie większe niż te moreny na pomorzu. Póki co raz przekroczyłem granicę 400km/dobę, 3 razy 300km/24h (w tym oczywiście ta 400), na pewno 7 (może więcej) razy 200km/24h i wiele razy 100km/24h.  Trasy na 100-200 pewnie dalej będę praktykował. Może kiedyś jeszcze powtórzę 300. Póki co rekord 400jest super.

Co na to Siara?


2 komentarze:

  1. Cokeman, gratuluje wyczynu, determinacji, rekordu i umiejętności literackich.
    Sławek Muturi

    OdpowiedzUsuń
  2. " W kapitalistycznym USA nie kupuje się roweru na kilka sezonów ale kupuje się kilka rowerów w sezonie. W końcu biznes musi się kręcić. Inaczej krach!" -Obrzydliwy keynesowski konsumpcjonizm. W "starych, dobrych czasach" mawiało się inaczej: "Jestem zbyt biedny, aby kupować tanie, jednorazowe rzeczy..." No, ale to w Anglii było. Gratuluję! Za parę lat planuję wyprawę na rowerach po północnej Rumunii. Jakby co -zapraszam. :)

    OdpowiedzUsuń