wtorek, 24 lipca 2012

Cokeman zmierza na Wawel




Wakacje w pełni. Po mojej ostatniej wycieczce przez 2 tygodnie było zimno i bardzo wiało. Od pewnego czasu chodziła mi po głowie wyprawa do Krakowa. Byłem tam już parę razy w tym mieście, ale za każdym razem służbowo pociągiem. Po tym jak zrobiłem 400km/24h wykonanie 2/3 tej odległości nie powinno stanowić dla mnie problemu. Były jednak pewne trudności. Od wyprawy do Gdyni nic nie jeździłem poza kilku kilometrowymi wycieczkami po osiedlu albo na zakupy. Do tego droga do Krakowa jawiła się jako górzysta. W niedzielę 22 lipca 2012 spojrzałem na prognozę pogody i uznałem, że następnego dnia mogę jechać. Wycieczka była o wiele bardziej spontaniczna niż poprzednia. Nie zabrałem ze sobą nawet plecaka i nic do jedzenia. Do bagażnika zapakowałem jedynie kurtkę, bluzę, ładowarkę do telefonu oraz 3 butelki napojów izotonicznych (miałem w zapasie). 

Wstałem w poniedziałek 23 lipca 2012 o 3 rano, ogarnąłem się, zjadłem śniadanie i o świcie o 4 rano wyjechałem. Około 5 rano dotarłem do Rawy Mazowieckiej i tam pojawił się problem, albowiem nie wiadomo którędy do Opoczna. Widziałem info o jakimś objeździe a potem dwa drogowskazy na Opoczno: stary kazał jechać w prawo, natomiast nowy prosto. Postanowiłem jechać prosto. Potem nie na każdym większym skrzyżowaniu było info o objeździe. Chcąc jechać na Opoczno musiałem jechać Gierkówką - DK nr8 będącą w remoncie. TIRów sporo. Na szczęście trzeba było przejechać tylko parę kilometrów. W końcu wyjechałem z Rawy i skierowałem się w stronę Opoczna. Około 6.45 wjechałem do Inowłodza.

Tutaj mała dygresja. Jedząc śniadanie kilka godzin wcześniej zobaczyłem takiego oto newsa:

Wjazd do Inowłodza od strony Rawy wygląda następująco: zakręt w prawo, zjazd z górki, u podnóża górki ograniczenie prędkości do 40km/h i zaraz za tym fotoradar. Widząc to rozpędziłem rowerek do 40km/h i pokazałem fuck you w stronę fotoradaru. Nie widziałem, żadnego błysku czyli chyba jechałem za wolno.

Po historii z fotoradarem kolejna odsłona problemu czyli którędy do Opoczna. Znowu bowiem zobaczyłem dwa sprzeczne tabliczki mówiące o objeździe do Opoczna - jeden w prawo, a drugi prosto. Wiedząc, że stara droga wiedzie prosto postanowiłem skierować się w prawo na Spałę i Tomaszów Mazowiecki. Przejechałem tak może z 1km i zdałem sobie sprawę, że przede mną Pilica a najbliższy most dopiero chyba w Tomaszowie. Postanowiłem zawrócić i spytać w sklepie spożywczym w centrum miasteczka. Tam mi powiedziano, że na rowerze to mogę lekceważyć objazdy i jechać starą drogą czyli DW 726. Tak postąpiłem. Tuż po wyjeździe ze sklepiku wjechałem na most nad Pilicą




Dalsza droga do Opoczna była samotna. Mało aut bo przecież pojechały objazdem. Gdzieniegdzie były remonty na drodze a tuż przed Opocznem był zakaz ruchu, ponieważ nie było wiaduktu nad centralną magistralą kolejową. Była to ostatnia przeszkoda którą pokonałem zwyczajnie przechodząc przez tory. Potem wróciłem na DW 726 i  około 8 rano wjechałem wreszcie do Opoczna. 

Z Opoczna droga prowadziła dalej na południe do Żarnowa. W niektórych wsiach były niebezpieczne ostre zakręty. Generalnie droga nudna. W Żarnowie dotarłem do DK 74 prowadzącej z Piotrkowa Trybunalskiego do Kielc i dalej na wschód. Tam po 100km przyszła pora na jakiś mały posiłek. Kupiłem sobie batona oraz jak na każdym z wielu postojów popiłem trochę izotonika i pojechałem dalej. Za Żarnowem na drodze krajowej 74 nie było niemal pobocza. Parę kilometrów trzeba było się pomęczyć z TIRami. W pewnym momencie wjechałem na wzgórze i zobaczyłem taki oto widok.




W oddali jawiło się bliskie województwo świętokrzyskie z górami mniejszymi i większymi. Dość malownicze ale i niebezpieczne. Sporo tu lasów i dzikich pól, a wśród nich grasuje sławny Kelthuz.


Wjechałem do województwa świętokrzyskiego i tu pozytywne zaskoczenie - pojawiło się pobocze. Było teraz o wiele łatwiej. Po kilkunastu kilometrach w miejscowości Jacentów zjechałem z DK 74 kierując się na Radoszyce. Tam zdarzyła się przykra historia. Podczas gwałtownego zsiadania i wsiadania na rower rozdarłem sobie spodnie w kroku i z dziurawymi spodniami musiałem dalej jechać. Dojechałem do Radoszyc.  Radoszyce to jednak dopiero połowa drogi do Krakowa i to ta łatwiejsza bez znacznych wzniesień. 

Po krótkim postu w Radoszycach wjechałem do DW 728 do Jędrzejowa. Droga tragiczna pod względem nawierzchni - dziury, łaty i koleiny. Dodatkowo po drodze dość wąskiej jeździło mnóstwo ciężarówek kierujących się do cementowni oraz kopalni w okolicach Małogoszcza. Pozytywem na drodze do Jędrzejowa były widoki. Za Łopusznem zobaczyłem to:




W południe dotarłem do Małogoszcza. Tam krótki postój na stacji benzynowej, kupno i konsumpcja czekolady i dalsza trasa. Kilkanaście minut później wyjechałem ze Wzgórz Łopuszańskich i ujrzałem Płaskowyż Jędrzejowski. Wyglądało na to, że na jakiś czas będę miał spokój od górek.




Na jednym skrzyżowaniu widziałem, że byłem tylko ok 30km od Kielc czyli od tego pana:


Nie chciałem się zabijać. Chcę, żyć pełnią życia spełniając swoje marzenia i realizując swoje pasje a jedną z nich była rowerowa wycieczka do Krakowa. O godzinie 13.15 dojechałem do Jędrzejowa, tam uzupełniłem zapasy i wjechałem na DK 7 prowadzącą z Gdańska przez Warszawę do Krakowa i dalej ku granicy ze Słowacją w Chyżnem. Do Krakowa było 80km.

Za Jędrzejowem pojawiły się coraz większe wzniesienia z malowniczymi widokami. Na jednej górce koło Klemencic bez większego pedałowania rozpędziłem rower do 55 km/h i musiałem wciskać hamulec by zwolnić przed koleinami na poboczu. Jechałem by dojechać a nie bić kolejne rekordy. Za Wodzisławem żar lał się z nieba a ja miałem nieźle pod górkę. Zobaczyłem tablicę informującą, że temperatura powietrza to 28C a na drodze 44C. Generalnie trzeba było stawać co kilkanaście km i popijać izotonika. Przed 15 wyjechałem z województwa świętokrzyskiego i wjechałem do województwa małopolskiego. Tak oto umknąłem Kelthuzowi.


I c**j jak sam stwierdził. Oto bowiem lewak przejechał mu pod nosem po drogach państwowych. A jemu pozostaje płacić podatki (lokalne też) i kasa idzie na te drogi - hihihi.

Pierwsze miasteczko w Małopolsce na mojej drodze to Książ, gdzie zatrzymałem się na chwilę i zjadłem sobie loda. Dalej nieźle pod górkę po to by zobaczyć piękny krajobraz przed Miechowem:






Generalnie DK7 w województwie małopolskim jest lepsza niż w świętokrzyskim - lepszy asfalt. Z poboczem jednak tak samo - raz jest a raz nie. Czasem są dwa pasy w kierunku Kielc a jeden w kierunku Krakowa a innym razem na odwrót. Przeważa układ 3-pasów ale bywa, że jest 2+2 albo standardowe 1+1 i wtedy jest pobocze. Za Miechowem troszkę mniej górek. Od Słomnik wzdłuż DK7 już jest ciągła zabudowa aż do samego Krakowa. Tam zdarzało mi się jechać chodnikiem gdzie nie było pobocza. W Michałowicach na przedmieściach Krakowa najdłuższy podjazd pod górkę. Potem krótki postój w przydrożnym sklepie by kupić ostatnie napoje i tuż po 18.00 po 14 godzinach podróży dotarłem wreszcie do Krakowa.



Nie zamierzałem jednak zadowalać się klepnięciem tabliczki i natychmiastowym powrotem (zrobiłem tak kiedyś w przypadku Warszawy) tylko postanowiłem jechać dalej na rynek główny gdzie byłem umówiony z kolegami. Zdziwiony byłem brakiem ścieżek rowerowych. Nie były one jednak konieczne, albowiem jeżdżac po głównych ulicach Krakowa (29 listopada na przykład) nie miałem kłopotu z autami. No - może autobusy na buspasach wyprzedzając mnie z prawej strony robiły to zbyt blisko mnie. W pewnym momencie  zjechałem na chodnik i zapytałem przypadkowego rowerzysty jak daleko jeszcze na rynek. Ten zaś powiedział, że może kilometr albo dwa. Powiedział, żebym jechał za nim i jadąc jakimiś chodnikami i potem ścieżką dla rowerów wyprowadził mnie w okolice dworca głównego. Dalej drogę już znałem. Przejechałem przez starówkę dalej obok Wawelu osiągając brzeg Wisły.



Przejechałem przez most i tam zakończyłem nagrywanie trasy na telefonie. Udałem się z powrotem na rynek. Tam spotkałem znajomych. Najwidoczniej niektórych za bardzo olśniłem:


Potem piwko i nocleg u kolegi. Dziś 24.07.2012 z ufajdaną koszulką i rozprutymi w kroku spodniami wróciłem pociągiem wpierw do Warszawy i potem do Skierniewic. Spośród wycieczek po Polsce ta była najbardziej malownicza. Zdjęcia niestety nie oddają całego piękna krajobrazu i nie oddają głębi.

Jeśli chodzi o nagrywanie trasy to telefon gubił mi sygnał GPS wiele razy. Poprzednio ani razu. Może to kwestia nowego systemu albo modemu. Wykazał mi 265km i to się zgadza. 

Ciekawie wygląda wykres prędkości i wysokości.



Pierwsze 86km ze Skierniewic do okolic Opoczna - Żarnowa. Prędkość bez większych wahań, mało postojów czy też wielkich zjazdów. Od Opoczna spadek wysokości.


Kolejne 86km już wyglądają inaczej. Droga spod Żarnowa do Jędrzejowa to więcej zmian wysokości, więcej postojów (było goręcej oraz górki męczyły) i prędkość bardziej zróżnicowana. Albo podjazd 15km/h albo zjazd 35km/h.


Za Jędrzejowem to już hardkor. Zmiany wysokości jeszcze większe a prędkość całkowicie zróżnicowana.


Coś chyba GPS źle mierzył wysokość parę razy bo nie byłem na żadnej depresji a z kolei łączny przyrost wysokości ponad 6 kilometrowy to ciut za dużo. Niemniej jednak od Jędrzejowa rosło coraz szybciej.

Oto cała trasa:



Pokaż Skierniewice -> Kraków na większej mapie
Pokaż Skierniewice -> Kraków na większej mapie
Pokaż Skierniewice -> Kraków na większej mapie

Cała mapka tutaj

Skierniewice -> Kraków

Co dalej? Zobaczymy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz