W marcu skończyłem czytać trylogię Jacka
Kardaszewskiego traktującą o zagadnieniach schizofrenii i neoliberalizmu.
Książkę podarował mi sam autor jako prezent świąteczny. Składa się ona z 3 części:
1. Neoliberalizm jest schizofrenią społeczeństwa.
2. Schizofrenia jest neoliberalizmem umysłu.
3. Filozofia diabła.
Postaram się omówić wszystkie 3 książki po kolei.
Odnośnie pierwszej części to jest to lektura
wyborna. Nie jestem ekspertem od psychologii więc nie mogę ocenić poziomu
wnikliwości tez dotyczących schizofrenii. Bardziej mnie interesują kwestie
społeczno-ekonomiczne i w tej materii jestem bardziej oczytany toteż
stwierdzam, że dr Kardaszewski bardzo wnikliwie analizuje neoliberalizm na
płaszczyźnie ekonomicznej. Zniechęcać może czasem skomplikowany język
wymagający fachowego podejścia, lecz na intelektualną ochłodę mamy napisane
ciętym językiem z kolokwialnymi zwrotami ujęte w prosty dla czytelnika sposób
tezy. Pozwolę sobie na przytoczenie kilku charakterystyk neoliberalizmu
podanych przez dr Kardaszewskiego:
Zgodnie
z innymi, jeszcze bardziej skrótowymi definicjami neoliberalizmu, w istocie
będącymi uszczegółowieniami wyżej podanej jego charakterystyki, jest to
system, w którym podnosi się stopy procentowe w sytuacji wysokiego, nierzadko
ponad dziesięcioprocentowego bezrobocia lub jako system, w którym obniża się
podatki, zwłaszcza dla firm i najbogatszych osób fizycznych, w warunkach
powiększającego się deficytu budżetowego, lub też jako system, w którym
spłaszcza się skale podatków dochodowych (z intencją ich docelowego,
całkowitego wyeliminowania), oraz zastępuje je z natury regresywnymi podatkami
od sprzedaży (takimi jak na przykład VAT)
Można
także zdefiniować neoliberalizm jako system, w którym dominującym rodzajem
samorealizacji jest sukces rozumiany jako nabywanie ogromnej liczby przeróżnych
produktów lub jako system, w którym przedsiębiorcy, krajowi i nie tylko,
traktowani są jako przodująca siła narodu, sól ziemi, będący, jako jedyni, w
danym państwie neoliberalnym u siebie i na swoim, natomiast urzędnicy, jak
również pracownicy sfery budżetowej, nie wspominając o bezrobotnych, uważani
są za darmozjadów, szkodników spędzających czas na „leżeniu do góry
brzuchami”, którzy powinni dziękować, że ich obecność jest w ogóle tolerowana i
że nie wysłano ich jeszcze na Madagaskar.
Wreszcie,
neoliberalizm można zdefiniować jako system, w którym biedni, często
bezrobotni, utrzymujący się często z rent i emerytur swoich babć i dziadków
młodzi ludzie, których Cezary Michalski określił bardzo trafnie jako
„gołodupców z pokolenia JKM” (od Jana Korwina-Mikke), głosują na partie
reprezentujące interesy najbogatszych w niezachwianym przekonaniu, iż są
niedoszłymi milionerami. Gdyby owych gołodupców obudzono z ich american dream i gdyby przyznali się przed sobą
i innymi, że najprawdopodobniej milionerami się nigdy nie staną, to w warunkach
moralnego terroru sprawowanego przez neoliberalną ideologię sukcesu, ryzykowaliby popadnięciem w ciężkie załamanie
psychiczne, niezwykle groźne, albowiem mogące prowadzić do
śmierci z upokorzenia.
Niezbywalnym
elementem neoliberalizmu jest fenomen, który można określić jako „perwersyjny socjal dla najbogatszych”, który przyjmuje postać dotacji, ulg podatkowych, przyzwolenia
na przyznanie sobie przez zarządy korporacji wysokich wynagrodzeń oraz odpraw
tzw. „złotych parasoli”, tolerowania rajów podatkowych, jak również ratowania
niewypłacalnych banków i innych instytucji finansowych na koszt ogółu
podatników, zwłaszcza tych najgorzej uposażonych.
Według autora neoliberalizm nie przejawia się tylko
w ekonomii pod postacią libertarianizmu, ale także w postmodernizmie i
neokonserwatyzmie.
Na
szczególną uwagę zasługuje postmodernistyczna idolatria dyskursu i w ogóle
języka. Manifestuje się w nim typowa dla tego nurtu intelektualnego niechęć do
praktycznego działania, wynikająca, jak się zdaje, z głęboko zakorzenionego
poczucia niemocy. Zamiast zmieniać w jakimś, bardziej istotnym sensie zastaną
rzeczywistość społeczno-polityczną, wystarczy zmienić sposób, w jaki się o
niej myśli i mówi. W skrajnych przypadkach postmoderniści negują w ogóle
istnienie twardej rzeczywistości. Rzeczywistość jest dla nich książką, zbiorem
tekstów, w ramach których dekonstruują swoich mniej lub bardziej wydumanych
przeciwników. Cóż, nie da się ukryć, że język, tak jak fenomenalistyczne wyobrażenie
(idea), który oddziela podmiot od tego, co sytuuje się na zewnątrz niego,
zapewnia autystyczne poczucie bezpieczeństwa. W przeciwieństwie jednak do
tradycyjnego fenomenalizmu subiektywnych idealistów, ma on niezwykle ważną
zaletę, a mianowicie posiada charakter stadny, a nie indywidualistyczny. Język
ma to do siebie, że z samej swojej istoty jest interpersonalny. Nie ma więc
obawy, że sytuacja uwięzienia w dyskursie spowoduje pojawienie się tak
znienawidzonego przez postmodernistów solipsystycznego upiora, na przykład w
postaci ciężko stąpającego po ziemi, w najmniejszym stopniu
niezdecentrowanego, faszystowskiego lub faszyzującego dyktatora. Cała ta, żeby
nie wiem jak zacietrzewiona walka, jest bardzo bezpieczna. Żaden neoliberał nie
dostrzeże konieczności najłagodniejszego nawet ukarania postmodernistów,
którzy, z jego punktu widzenia, są „pożytecznymi głupkami”. Raczej już będzie sponsorował
ich gadaninę o podmiocie, patriarchacie, rasizmie, seksizmie, antysemickie,
ksenofobii - to znaczy o tym wszystkim, co odwraca uwagę od palącej kwestii,
jaką jest rosnące rozwarstwienie społeczne na tle materiałach warunków
egzystencji. Wielce symptomatyczne jest, że w większości prac postmodernistów
nie jest problematyzowany wyzysk ekonomiczny, podczas gdy w rzeczywistości
istnieje on w najbardziej namacalny, brutalny sposób.
W całej książce jednak dominuje tematyka ekonomiczna
będąca de facto krytyką neoliberalizmu z pozycji keynesistowskiej. Co jakiś
czas autor pokazuje podobieństwa między schizofrenią i neoliberalizmem.
W kolejnym tomie trylogii traktującym głównie o
schizofrenii dr Kardaszewski pisze głównie o psychiatrii i niemal nic o
sprawach ekonomicznych. Dlaczego psychiatria? Oto wyjaśnienie autora:
Celem
krytycznej psychiatrii politycznej jest przekształcenie kategorii
socjologicznej - jaką, z jej perspektywy, stanowią schizotymicy, schizoidzi i
schizofrenicy — w kategorię społeczną, czyli (aby posłużyć się określeniem
marksistowskim) z klasy w sobie w klasę dla siebie. Tak jak Marks i Engels,
doszukuje się ona antagonizmu tam, gdzie wydaje się, że go nie ma. Tyle tylko,
że inaczej jednak, niż dla nich, a w zgodzie z Kretschmerem, podstawą
antagonistycznego podziału społecznego o politycznych
i społeczno-ekonomicznych konsekwencjach, nie są dla niej kryteria ekonomiczne,
w szczególności zaś posiadanie bądź nieposiadanie środków produkcji,
ale cechy psychologiczne postrzegane przez pryzmat psychopatologii.
Przyznam uczciwie, że ten tom czytało mi się
najtrudniej. Po prostu sprawy psychiatrii nigdy mnie nie interesowały zbytnio.
Na początku owej książki dr Kardaszewski ociera się o rasizm pisząc, które rasy
są bardziej podatne na schizofrenie, a które na cyklofrenię. Następnie przez
ok. 40% książki mamy wykładnię poglądów antypsychiatrycznych Ronalda Lainga,
który jest idolem autora. Zresztą pod koniec 2 tomu dr Kardaszewski zawarł
rozdział będący krótką biografią tego lekarza. W międzyczasie pojawiają się
dywagacje filozoficzne na tematy filozofii oświecenia albo fenomenologii.
Generalnie książka zdaje się nieco przeintelektualizowana z powodu dość dużej
ilości wprowadzania i operowania na wysoce abstrakcyjnych terminach
psychiatrycznych. Takie odniosłem wrażenie. Może to być jednak efekt mojej
wcześniejszej nieznajomości zagadnień psychologii. Mamy więc do czynienia z
elokwencją i erudycją. Jeśli ktoś postrzega Jacka Kardaszewskiego jako
internetowego trolla szukającego atencji w wirtualnym świecie to po lekturze 2
tomów jego trylogii będzie pozytywnie zaskoczony. Ani owa atencyjność ani
erudycja nie świadczą o jakieś podwójnej osobowości dr Kardaszewskiego. Pisze
on bowiem tak:
Nic też
nie wywołuje we mnie większego lekceważenia, niż sytuacja, w której osoba
„nienormalna”, zdradzając samą siebie, usiłuje za wszelką
cenę przystosować się do normy. Przyświecała mi zawsze idea, że lepiej być
martwym, niż normalnym, jeśli - co zdarza się nader często - społeczeństwo nie
toleruje osoby, która
wyznaje
„nienormalne” z jego punktu widzenia idee i ideały, tym gorzej dla takiego
społeczeństwa. Lepiej zginąć, niż wyprzeć się swoich dewiacji. Co więcej,
etykietowanie mnie dewiantem sprawiało mi zawsze niekłamaną, wprost
niewyobrażalną radość. Gdybym pozbył się świadomości, iż przynajmniej od czasu
do czasu, w tych lub innych okolicznościach, postrzegany jestem jako dewiant,
cierpiałbym bezgranicznie.
Ostatnia książka z trylogii doktora to „Filozofia
Diabła”. O ile w pierwszych częściach mamy do czynienia ze sferą pozytywną
opowiadającą „jak jest” to w ostatniej dominuje już podejście normatywne
odpowiadające na pytanie „jak być powinno?” Dr Kardaszewski, który od Marksa
wyraźnie się dystansuje to jednak 11 tezę o Feurebachu zrozumiał i nie tylko
interpretuje otaczający go świat, lecz także przedstawia receptę zmian na
lepsze. Według niego na lepsze. Dla mnie niekoniecznie. Głównym postulatem
doktora wydaje się być powszechny dochód gwarantowany – podatek negatywny. I
zdawałoby się, że to wszystko, lecz jednak nie. Oczywiście można w swojej
lewicowości iść dalej i postulować jak komuniści nacjonalizację i konfiskatę,
ale w tym kierunku dr Kardaszewski niestety nie podąża. Dla niego realny
socjalizm to już państwo nadopiekuńcze. Ideałem jest keynesistowskie państwo
dobrobytu. Tak się jednak składa, że polska lewica ów model zna i mocno
forsuje. Przykładowo – Wojciech Orliński pisze o sprawnym kapitalizmie lat
50-60 w USA, Piotr Szumlewicz na antenie Superstacji mocno popiera model
szwedzki. Ogólnie model skandynawski jest popularny w Polsce na lewicy, która
odcinając się od komunizmu i realnego socjalizmu upatrzyła sobie „lepszy
model”. Jacek Kardaszewski uważa jednak, że to za mało i on do swojego
forsowania myśli Keynesa dokłada elementy psychiatryczno-nazistowskie. Nie
zabrakło elementów szokujących.
Myśl
lewicowa czy, szerzej, lewicująca, jeśli ma się przeciwstawić butnej — niczym
ideologia III Rzeszy, (rzekomo „Tysiącletniej”) — ekonomicznie prawicowej
ideologii neoliberalnej, potrzebuje o wiele większej, niż dotychczas, dozy
asertywności, żeby nie powiedzieć, agresywności. W przeciwieństwie do tego,
czym jest teraz (to znaczy czymś, co przypomina stylem reklamy eDarling),
powinna się ona stać, by tak rzec, po męsku bardziej umięśniona. Tylko
muskularne myślenie, myślenie, które nie wzdraga się przed przemocą, rozumianą
dosłownie i w przenośni, i które potrafi docenić zawierające się w przemocy
tragiczne, dionizyjskie piękno, jest zdolne wyłonić się ze strefy cienia,
pogardy i zapomnienia.
Lud - w
tym zakresie, w jakim domaga się gwarancji bezpieczeństwa ekonomicznego —
jest, czy chce tego czy nie chce, czy zdaje sobie z tego sprawę czy nie zdaje —
duchową arystokracją, spadkobiercą etosu arystokratycznego. Kwestionuje
dorobkiewiczowską zasadę sprawiedliwości społecznej, zgodnie z którą rynek jest
ostateczną wyrocznią w zakresie dystrybucji zasobów. Z tego powodu lud, a zwłaszcza jego najbardziej roszczeniowo nastawionych
przedstawicieli, można określić mianem „arystokratycznej podklasy”. Lider
partii „Samoobrona”, Andrzej Lepper, o tyle, o ile domagał się wprowadzenia
dochodu gwarantowanego — pomimo faktu,, że zarówno jemu, jak i jego otoczeniu,
wychodziła mu często przysłowiowa „słoma z butów” — był w prostej linii
duchowym potomkiem wyrafinowanej arystokracji francuskiej.
Ponadto mamy do czynienia z wulgarną retoryką
polegającą na tym, że mam w dupie rynek – chce się samorealizować i dajcie mi
dochód bo inaczej wpierdol. Sam Kardaszewski pisze wprost, uprzedzając pytanie
o argument na rzecz wprowadzenia dochodu gwarantowanego – liczy się argument
siły.
Arystokratyczna
podklasa skupia w sobie wielu ludzi aktywnych, którzy nie tyle nie potrafią,
ile nie chcą służyć rynkowi. To, co rynek ma do zaoferowania swoim wiernym
sługom, to znaczy bogactwo, nie jest ich absolutnym priorytetem. Domagają się
raczej minimalnego dochodu, który umożliwiłby im służenie czemuś innemu niż
wypełnianiu przepastnych jelit anonimowego konsumenta: własnej twórczości czy
ideom takim jak ludzkość, naród, państwo, wiara, lub bytom konkretnym, czyli wybranym jednostkom „z
krwi i kości” — słowem, tak zwanym „wyższym celom”.
Oczywiście dochód ma być powszechny, ale
Kardaszewski nie jest egalitarystą. Jemu marzy się rasa arystokratycznych
panów:
Ktoś mógłby w tym miejscu spytać: czy
uprawnienie do posługiwania sic przemocą
ma być
ograniczone jedynie do - jak się ich niekiedy nazywa - duchowych arystokratów
czy do wszystkich, w tym tych, którzy nie wyróżniają się przymiotami duchowymi,
a domagają się gwarancji bezpieczeństwa socjalnego? Gdyby ograniczało się ono
do tych pierwszych, to ten czy inny pięknoduch, w rodzaju Raskolnikowa, z
chęcią by się ze mną zgodził, abstrahując oczywiście od zastrzeżeń, dotyczących
możliwości praktycznej realizacji takiego pomysłu; jeśli jednak owo uprawnienie
miałoby obejmować „motłoch”, to stanowczo zaprotestuje przeciwko tej idei oraz
jakimkolwiek próbom wprowadzania jej w życie. Jeden z takich pięknoduchów zadał
mi pytanie o to, czy nie dostrzegam, że rezultatem postulowanej przeze mnie
polityki nie byłyby jedynie nieliczne wysokie i rozłożyste drzewa, lecz - w
ogromnej większości - najzwyklejsza trawa (metafora, której społecznego sensu
nie muszę oczywiście tłumaczyć).
W książce „Filozofia
Diabła” jest także wiele ciekawych wstawek antykapitalistycznych, które
moim zdaniem poza większym wkurzeniem się na system nie wnoszą wiele. W dodatku
potrafią tylko zamotać czytelnika:
Nie o
przysłowiowy chleb tu przede wszystkim chodzi, lecz o prestiż.
Naiwnością
- nawiasem mówiąc, często spotykaną (zwłaszcza u liberałów gospodarczych) -
byłoby sądzić, że ludzkie potrzeby i pragnienia mają wyłącznie charakter
absolutny, a nie, dodatkowo, zrelatywizowany, mianowicie do tego, co mają inni.
To samo, wbrew założeniom klasycznej mikroekonomii — można powiedzieć o
użyteczności, która zazwyczaj przejawia się w obu tych wymiarach
jednocześnie. Pomijając wyjątki, takie jak sytuacja, gdy ktoś umiera na pustyni
z braku wody, nie jest to prawdą. Gdyby nią było, to technologia już dawno
rozwiązałaby wszystkie problemy społeczne. Jednak - jako że zaspokajanie
swoich potrzeb materialnych jest — w licznych przypadkach, jeśli nie w ich
większości jedynie sposobem doświadczania swojej wyższości nad innymi względnie
swojej wobec nich niższości - tak się nie stało i nigdy się nie stanie.
Fajnie, że autor widzi problem sprzeczności i
względności ludzkich potrzeb. Szkoda jednak, że nie dostrzega, że tego problemu
nie rozwiązuje dochód gwarantowany. Co więcej – ów dochód tylko go pogłębia.
Skoro już nie brzydzimy się przemocą i widzimy tego typu problemy to dlaczego
nie forsować jakiegoś neobolszewizmu? To już jednak za dużo dla Jacka
Kardaszewskiego. Na szczęście kiedyś podczas dyskusji ze mną przyznał, że
sympatyzuje z Hilarym Mincem, jeśli chodzi o tępienie drobnomieszczaństwa.
Bardzo spodobała mi się definicja godności ludzkiej
podana przez autora:
O godności wiele się mówi nie
definiując jej. Moim zdaniem, godność to jest ten element poczucia własnej
wartości każdej jednostki, która jej przysługuje niezależnie od tego, czy i na
ile przydaje się innym. Innymi słowy, godność to ta część poczucia własnej
wartości człowieka, jaka pozostaje po odjęciu wartości użytkowej, jaką może
mieć dla innych oraz wartości wymiennej, jaką jest w stanie uzyskać na rynku.
Człowiek
godny to ktoś, kto - pozostając w takim nastroju - rozpoznaje w sobie wartość
absolutną. Taki człowiek jest substancją, czyli bytem, który swój fundament
aksjologiczny ma w sobie, a nie w innych ludziach, będących substancjami,
względnie w relacjach eliminujących wszelką substancjalność. Jako taki jest on moralnie suwerenny.
Doktor
stara się także wzbudzić szok analizując zjawisko agresywnego marketingu:
„Śladów odwoływania się do lęku
można doszukać się w każdej reklamie. Komunikat formułowany w metajęzyku, a
nie w języku, brzmieć będzie wtedy przykładowo w następujący sposób. „Czy
chcesz, aby twoje marzenia dotyczące podobania się innym (kobietom lub
mężczyznom), na skutek posiadania takiego, a nie innego domu, takiego, a nie
innego samochodu, takich lub innych perfum (wody kolońskiej), takiego lub
innego telefonu komórkowego itd., pozostały na zawsze tylko marzeniami? Czy
chcesz pozostać nikim i nie mieć nic, tylko dlatego że nie skorzystasz z
oferowanego ci przez nas na wyjątkowo korzystnych warunkach kredytu? Wreszcie,
czy chcesz, nie kupując niczego, zostać wyrzucony (wyrzucona) poza nawias
konsumpcyjnego, neoliberalnego społeczeństwa? Czy chcesz, aby zaliczono cię do
‘trybalistów’, ‘moherów’ czy ‘oszołomów’ itp.? Czy chcesz zostać reliktem
społeczeństwa zamkniętego i stracić z tego powodu wszystkich swoich wpływowych
znajomych, a w dalszej konsekwencji skazać swoje potomstwo na bezrobocie?”
No
ale sam pisał, że nie o chleb chodzi, lecz o prestiż. Czemu więc potem narzeka
na marketing?
Znajdziemy
u Kardaszewskiego także nową strategię dla lewicy:
Lewica czerpie swoją moc ze złości, jaka zawiera się w uczuciu
zawiści. W oparciu o tę złośliwą, chorobliwą moc, dokonuje przewartościowania
wartości. Nie może być inaczej: lewicowość nie jest opcją przeznaczoną dla życiowo wygranych, lecz dla
życiowo przegranych. Jest naturalnym stanowiskiem arystokratycznej podklasy,
której nie należy mylić z elitą. Lewica, jeśli chce pozostać lewicą, powinna,
jak od ognia, stronić od indywidualnego sukcesu - przynajmniej w znaczeniu, w
jakim słowo sukces jest pojmowane w ideologii mieszczańskiej: opierającego się
na materialnym dostatku zadowolenia. Nie znaczy to wcale, że powinna stronić od
indywidualizmu.
Czyżby nie zauważył on, że lewica nie mówi tylko o
kolektywizmie, lecz także o alienacji? O tej samej alienacji mówi także on sam
tu i ówdzie:
Łatwiej
przystosowywać się, że tak powiem, z łaski, poprzez spełnienie z góry wiadomych
wymagań, niż nieustannie zachodzić w głowę, w jaki sposób postąpić, aby nasza
gotowość do przystosowania się nie została odrzucona. To pierwsze wymaga
zaangażowania jedynie części własnej osobowości, to drugie jej całości. Tym
właśnie różni się twardy totalitaryzm państwa od miękkiego totalitaryzmu rynku.
Alienacja, jakiej doświadcza ktoś, kto wbrew swojej woli bierze udział w
pochodzie pierwszomajowym, jest bez porównania mniejsza niż alienacja, jakiej
doświadcza niezależny dystrybutor, który, jak to często obecnie bywa, zajmuje
się akwizycją raczej z braku innych możliwości niż z powołania. W
społeczeństwie niezależnych dystrybutorów osoby, które z racji właściwej im
psychofizycznej konstytucji zmuszone są poszukiwać swojej tożsamości w sobie
raczej niż w otaczającej je rzeczywistości, doświadczają szczególnie dotkliwego
wyobcowania.
Tutaj przydałby się obrazek. Tych jednak w książkach
Kardaszewskiego brakuje. Zero wykresów, zero obrazków. Czysty tekst. Zupełnie
jak u Misesa. Miłośnicy Misesa powinni czuć się zadowoleni. Ja jednak obrazek
opisujący patologie neoliberalizmu zapodam tutaj.
Na samym końcu doktor pisze o strategii resentymentu
zaczerpniętej od Nietzschego. Nie zamierzam tutaj tego dokładnie opisywać. Można o tym
posłuchać w nagraniu ze spotkania w siedzibie Niklota w Warszawie. Dla tych,
którym się nie chce oglądać tej relacji, ale jakoś doczytali do tego momentu
zapodam te 2 paragrafy:
Zadaniem lewicy jest bronić
pokrzywdzonych, trudno jednak ich bronić, skoro sami siebie nie postrzegają
jako pokrzywdzonych, a jeśli nawet jako takich się postrzegają, to na sposób
partykularny, a nie uniwersalny. Są pokrzywdzeni geje, kobiety itd., nie ma
jednak pokrzywdzonej klasy niższej.
Awangarda
rewolucyjna powinna skupić się na destrukcji marzeń, czy jak kto woli,
społecznego systemu fantazji, zgodnie z którym w należeniu do klasy niższej nie
ma nic atrakcyjnego. Powinna, paradoksalnie, wskazać na wyjątkową atrakcyjność tego położenia.
Na swojego rodzaju wybranie, jakie temu towarzyszy. Słowem, powinna zaszczepić
świadomość wyższości z tytułu
niższości.
Ten, kto powiada, jestem lepszy, bo jestem gorszy, jest prawdziwym rewolucjonistą, jest
materiałem na bombę, która, jeśli inni podążą jego śladem, prędzej czy później wybuchnie.
W
dodatku pojawiają się wątki nacjonalistyczne.
Jeśli chodzi o etos polski,
to powinien porzucić on swoje zorientowanie na
całkowicie mu obce
wartości anglosaskie, albowiem, w istocie, jest on idealistyczny
i jako taki niewiele różni się on od wiodących etosów Europy
kontynentalnej.
Wystarczy wskazać na szczególną rolę polskie] inteligencji, która nie ma swojego
odpowiednika w anglosaskiej kulturze ekspertów, a także na polską, romantyczną
tradycję powstańczą i mesjanistyczną. Aczkolwiek ta ostatnia
powinna stać się nieco twardsza, i bardziej sadystyczna niż, tak jak miało to
miejsce dotychczas, masochistyczna. Należy ponadto nadać jej bardziej
radykalną formę, taką na przykład, jaka zawiera się w hiszpańskim zawołaniu
„Nich żyje śmierć!”. Należy też wyzbyć się polskiej awersji do siły i władzy,
której źródło tkwi głównie w tym, że — ze względów historycznych - kojarzą nam
się one z cechami narodów, które, właśnie dlatego, że nie podzielały tej
awersji, były w stanie nas uciskać. Warto też zauważyć, iż jedną z postaw,
która - pomijając kilku anglofilów — nigdy nie zamanifestowała się w sposób
znaczący w polskiej tradycji, był praktycyzm czy kult mieszczaństwa, tak
ceniony przez angielskich wyspiarzy. Z kolei z tradycji żydowskiej, do której
Polacy są przywiązani za pośrednictwem katolicyzmu, powinniśmy zaczerpnąć
głównie to, co buduje naszą siłę, a mianowicie głęboko zakorzenioną ideę
supremacji narodowej. Z jednym wszakże zastrzeżeniem, dotyczącym konieczności
przepuszczenia tejże idei przez — obcą Żydom - katolicką predylekcję do duchowości
(polegającą na tym, że ważne jest raczej to, co się robi, niż to, co się myśli
i czuje).
Nikt nie ceni tych, którzy nie cenią samych
siebie.
Nie dostrzegam natomiast żadnych
korzyści dla Polaków z wtłaczania ich w angielskie czy amerykańskie kostiumy,
szyte na zupełnie inną od nich miarę. Jeśli chodzi o metody zarządzania,
wzorowane na anglosaskich, to prowadzą one - jak każdy może zaobserwować - do
katastrofy, jaką jest malejąca liczba urodzeń, obecny, opłakany stan
polskiej infrastruktury (zarówno społecznej jak i technicznej) oraz armii, jak
również niewielka innowacyjność i ekspansywność polskich przedsiębiorstw -
przedsiębiorstw, którym w ostatecznym rachunku, bardziej niż czegokolwiek innego,
brakuje imperialnych motywacji.
Nierządzenie pozostawmy tym,
którzy są z natury zorganizowani. My, Polacy, jako z natury niezorganizowani,
doceniajmy państwo zamiast, tak jak oni, ograniczać je i
tępić. polska to
nie wyspa, bezpieczna w swoich naturalnych granicach, nie stanowi też,
jak na razie, potęgi w żadnym możliwym sensie. Z geograficznego punktu widzenia
nie jest naturalnie zamknięta, lecz naturalnie otwarta, otwierajmy się więc z
wyrachowaniem i umiarem. Nikt nigdy nie odniesie jakkolwiek pojętego sukcesu,
udając, że jest kimś, kim nie jest i nigdy nie będzie. Zasada ta ma zastosowanie
zarówno do jednostki jak i zbiorowości, takiej zwłaszcza, jaką jest naród.
Nacjonalizm niekatolicki, antyliberalny lecz wywodzący się z
indywidualizmu.
Poza tym swoistym nacjonalizmem mamy też socjaldemokrację gardzącą
egalitaryzmem. Swoisty gulasz ideologiczny – narodowa socjaldemokracja. Jak dla
mnie te elementy są całkowicie niekompatybilne. Po co dzielić ludzi wg nacji
skoro wszystkim dajemy socjal w imię godności? Po co w ogóle cała ta gadka o
duchowej arystokracji? Jeśli jednak interesuje nas naród, który wypływa z
samodzielności jednostki obdarzonej niezależnością przez dochód gwarantowany to
obserwując doświadczenia krajów zachodnich rozległy socjal nie służy polityce
narodowościowej. Oczywiście nadal można realizować politykę narodową utrzymując
miliony obcokrajowców na socjale. Jest przecież polityka zagraniczna, obronna,
wspieranie wielkich krajowych firm. O tym jednak Kardaszewski nie pisze.
Podsumowując moje zdanie na temat wywodów Kardaszewskiego:
1) antyliberalizm OK.
2) antypsychiatria – tutaj jako mam obiekcję z powodu zbytniego
pogmatwania. Dziedzina ta jest dość młoda w nauce.
3) keynesizm – tutaj podobnie jak Rothbard wolę Marksa.
4) resentyment – całkiem niegłupie
5) nacjonalizm – piąte koło u wozu.
3 tom kończy się przedrukiem wywiadów z doktorem – z portalu xportal.pl i konserwatyzm.pl. Potem jeszcze recenzja
dzieł Kardaszewskiego autorstwa Tadeusza Pietrasa. Ten zabieg to moim zdaniem
marketingowe zagranie pogrubiające książkę. Po co drukować coś, co miało iść i
ukazało się w Internecie? To tak jakby do sprzedanej sztuki produktu dołączać
materiał reklamujący ten produkt. Wychodzi na to, że kupując 3 tom kupujemy
także reklamę trylogii. Na szczęście 3 tom i tak jest najciekawszy.
Trylogia Jacka
Kardaszewskiego to zdecydowanie ciekawe dzieło. Stanowi ono próbę połączenia
myśli psychiatrycznej i ekonomicznej. Dzieło powinno się czytać całościowo,
ponieważ mimo, że trzecia cześć zdaje się być najciekawsza (przynajmniej dla
mnie) to ciężko zrozumieć go w pełni bez przeczytania dwóch poprzednich tomów. Można
się zgadzać i nie zgadzać, ale nie o to zawsze chodzi. Doktor prowokuje do
myślenia i głębokiej autorefleksji. Czytelnik niezbyt obeznany w ekonomii i
psychologii znajdzie tam dość dobrze przeprowadzoną analizę dzisiejszych
zjawisk. Czytelnik nie będący przysłowiowym lemingiem także znajdzie coś dla
siebie – okazję do zrewidowania albo głębszego ugruntowania swoich poglądów.
Gorąco polecam, zwłaszcza tym, którzy są zainteresowani ekonomią, filozofią i
psychologią, a nie tylko ideologicznym pudelkiem i tanią sensacją, że doktor
Kardaszewski to wariat. Internetowi bohaterzy powtarzają tylko oczywistą
oczywistość o głupocie autora albowiem sam doktor twierdzi, że normalny nie
jest. Niech więc kiszą się w swojej „normalności”. Pozostali, którzy
dostrzegają, że cały system jest nienormalny i tylko wariat zachowuje resztki
rozumu (niekoniecznie na sposób praktykowany przez samego Kardaszewskiego)
niech śmiało sięgną po trylogię.
Michał Gozdera vel Cokeman
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz