sobota, 25 maja 2013

Recenzja Trylogii Jacka Kardaszewskiego

W marcu skończyłem czytać trylogię Jacka Kardaszewskiego traktującą o zagadnieniach schizofrenii i neoliberalizmu. Książkę podarował mi sam autor jako prezent świąteczny.  Składa się ona z 3 części:

1.  Neoliberalizm jest schizofrenią społeczeństwa.
2. Schizofrenia jest neoliberalizmem umysłu.
3. Filozofia diabła.

Postaram się omówić wszystkie 3 książki po kolei. 

Odnośnie pierwszej części to jest to lektura wyborna. Nie jestem ekspertem od psychologii więc nie mogę ocenić poziomu wnikliwości tez dotyczących schizofrenii. Bardziej mnie interesują kwestie społeczno-ekonomiczne i w tej materii jestem bardziej oczytany toteż stwierdzam, że dr Kardaszewski bardzo wnikliwie analizuje neoliberalizm na płaszczyźnie ekonomicznej. Zniechęcać może czasem skomplikowany język wymagający fachowego podejścia, lecz na intelektualną ochłodę mamy napisane ciętym językiem z kolokwialnymi zwrotami ujęte w prosty dla czytelnika sposób tezy. Pozwolę sobie na przytoczenie kilku charakterystyk neoliberalizmu podanych przez dr Kardaszewskiego:


Zgodnie z innymi, jeszcze bardziej skrótowymi definicjami neoliberali­zmu, w istocie będącymi uszczegółowieniami wyżej podanej jego cha­rakterystyki, jest to system, w którym podnosi się stopy procentowe w sytuacji wysokiego, nierzadko ponad dziesięcioprocentowego bezrobo­cia lub jako system, w którym obniża się podatki, zwłaszcza dla firm i naj­bogatszych osób fizycznych, w warunkach powiększającego się deficytu budżetowego, lub też jako system, w którym spłaszcza się skale podatków dochodowych (z intencją ich docelowego, całkowitego wyeliminowania), oraz zastępuje je z natury regresywnymi podatkami od sprzedaży (takimi jak na przykład VAT)


Można także zdefiniować neoliberalizm jako system, w którym domi­nującym rodzajem samorealizacji jest sukces rozumiany jako nabywa­nie ogromnej liczby przeróżnych produktów lub jako system, w którym przedsiębiorcy, krajowi i nie tylko, traktowani są jako przodująca siła na­rodu, sól ziemi, będący, jako jedyni, w danym państwie neoliberalnym u siebie i na swoim, natomiast urzędnicy, jak również pracownicy sfe­ry budżetowej, nie wspominając o bezrobotnych, uważani są za darmo­zjadów, szkodników spędzających czas na „leżeniu do góry brzuchami”, którzy powinni dziękować, że ich obecność jest w ogóle tolerowana i że nie wysłano ich jeszcze na Madagaskar.

Wreszcie, neoliberalizm można zdefiniować jako system, w którym bied­ni, często bezrobotni, utrzymujący się często z rent i emerytur swoich babć i dziadków młodzi ludzie, których Cezary Michalski określił bardzo trafnie jako „gołodupców z pokolenia JKM” (od Jana Korwina-Mikke), głosują na partie reprezentujące interesy najbogatszych w niezachwianym prze­konaniu, iż są niedoszłymi milionerami. Gdyby owych gołodupców obu­dzono z ich american dream i gdyby przyznali się przed sobą i innymi, że najprawdopodobniej milionerami się nigdy nie staną, to w warunkach moralnego terroru sprawowanego przez neoliberalną ideologię sukcesu, ryzykowaliby popadnięciem w ciężkie załamanie psychiczne, niezwykle groźne, albowiem mogące prowadzić do śmierci z upokorzenia.


Niezbywalnym elementem neoliberalizmu jest fenomen, który można określić jako perwersyjny socjal dla najbogatszych”, który przyjmuje postać dotacji, ulg podatkowych, przyzwolenia na przyznanie sobie przez zarządy korporacji wysokich wynagrodzeń oraz odpraw tzw. „złotych parasoli”, tolerowania rajów podatkowych, jak również rato­wania niewypłacalnych banków i innych instytucji finansowych na koszt ogółu podatników, zwłaszcza tych najgorzej uposażonych.


Według autora neoliberalizm nie przejawia się tylko w ekonomii pod postacią libertarianizmu, ale także w postmodernizmie i neokonserwatyzmie.


Na szczególną uwagę zasługuje postmodernistyczna idolatria dyskursu i w ogóle języka. Manifestuje się w nim typowa dla tego nurtu intelek­tualnego niechęć do praktycznego działania, wynikająca, jak się zdaje, z głęboko zakorzenionego poczucia niemocy. Zamiast zmieniać w jakimś, bardziej istotnym sensie zastaną rzeczywistość społeczno-polityczną, wy­starczy zmienić sposób, w jaki się o niej myśli i mówi. W skrajnych przy­padkach postmoderniści negują w ogóle istnienie twardej rzeczywistości. Rzeczywistość jest dla nich książką, zbiorem tekstów, w ramach których dekonstruują swoich mniej lub bardziej wydumanych przeciwników. Cóż, nie da się ukryć, że język, tak jak fenomenalistyczne wyobrażenie (idea), który oddziela podmiot od tego, co sytuuje się na zewnątrz nie­go, zapewnia autystyczne poczucie bezpieczeństwa. W przeciwieństwie jednak do tradycyjnego fenomenalizmu subiektywnych idealistów, ma on niezwykle ważną zaletę, a mianowicie posiada charakter stadny, a nie indywidualistyczny. Język ma to do siebie, że z samej swojej istoty jest interpersonalny. Nie ma więc obawy, że sytuacja uwięzienia w dyskursie spowoduje pojawienie się tak znienawidzonego przez postmodernistów solipsystycznego upiora, na przykład w postaci ciężko stąpającego po zie­mi, w najmniejszym stopniu niezdecentrowanego, faszystowskiego lub faszyzującego dyktatora. Cała ta, żeby nie wiem jak zacietrzewiona walka, jest bardzo bezpieczna. Żaden neoliberał nie dostrzeże konieczności najłagodniejszego nawet ukarania postmodernistów, którzy, z jego punktu widzenia, są „pożytecznymi głupkami”. Raczej już będzie sponsorował ich gadaninę o podmiocie, patriarchacie, rasizmie, seksizmie, antysemi­ckie, ksenofobii - to znaczy o tym wszystkim, co odwraca uwagę od pa­lącej kwestii, jaką jest rosnące rozwarstwienie społeczne na tle materiał­ach warunków egzystencji. Wielce symptomatyczne jest, że w większości prac postmodernistów nie jest problematyzowany wyzysk ekonomiczny, podczas gdy w rzeczywistości istnieje on w najbardziej namacalny, bru­talny sposób.


W całej książce jednak dominuje tematyka ekonomiczna będąca de facto krytyką neoliberalizmu z pozycji keynesistowskiej. Co jakiś czas autor pokazuje podobieństwa między schizofrenią i neoliberalizmem.

W kolejnym tomie trylogii traktującym głównie o schizofrenii dr Kardaszewski pisze głównie o psychiatrii i niemal nic o sprawach ekonomicznych. Dlaczego psychiatria? Oto wyjaśnienie autora:


Celem krytycznej psychiatrii politycznej jest przekształcenie kategorii socjologicznej - jaką, z jej perspektywy, stanowią schizotymicy, schizoidzi i schizofrenicy — w kategorię społecz­ną, czyli (aby posłużyć się określeniem marksistowskim) z kla­sy w sobie w klasę dla siebie. Tak jak Marks i Engels, doszukuje się ona antagonizmu tam, gdzie wy­daje się, że go nie ma. Tyle tylko, że inaczej jednak, niż dla nich, a w zgo­dzie z Kretschmerem, podstawą antagonistycznego podziału społecznego o  politycznych i społeczno-ekonomicznych konsekwencjach, nie są dla niej kryteria ekonomiczne, w szczególności zaś posiadanie bądź niepo­siadanie środków produkcji, ale cechy psychologiczne postrzegane przez pryzmat psychopatologii.


Przyznam uczciwie, że ten tom czytało mi się najtrudniej. Po prostu sprawy psychiatrii nigdy mnie nie interesowały zbytnio. Na początku owej książki dr Kardaszewski ociera się o rasizm pisząc, które rasy są bardziej podatne na schizofrenie, a które na cyklofrenię. Następnie przez ok. 40% książki mamy wykładnię poglądów antypsychiatrycznych Ronalda Lainga, który jest idolem autora. Zresztą pod koniec 2 tomu dr Kardaszewski zawarł rozdział będący krótką biografią tego lekarza. W międzyczasie pojawiają się dywagacje filozoficzne na tematy filozofii oświecenia albo fenomenologii. Generalnie książka zdaje się nieco przeintelektualizowana z powodu dość dużej ilości wprowadzania i operowania na wysoce abstrakcyjnych terminach psychiatrycznych. Takie odniosłem wrażenie. Może to być jednak efekt mojej wcześniejszej nieznajomości zagadnień psychologii. Mamy więc do czynienia z elokwencją i erudycją. Jeśli ktoś postrzega Jacka Kardaszewskiego jako internetowego trolla szukającego atencji w wirtualnym świecie to po lekturze 2 tomów jego trylogii będzie pozytywnie zaskoczony. Ani owa atencyjność ani erudycja nie świadczą o jakieś podwójnej osobowości dr Kardaszewskiego. Pisze on bowiem tak:


Nic też nie wywołuje we mnie większego lekceważenia, niż sytuacja, w której osoba „nienormalna”, zdradzając samą siebie, usiłuje za wszelką cenę przystosować się do nor­my. Przyświecała mi zawsze idea, że lepiej być martwym, niż normalnym, jeśli - co zdarza się nader często - społeczeństwo nie toleruje osoby, któ­ra wyznaje „nienormalne” z jego punktu widzenia idee i ideały, tym gorzej dla takiego społeczeństwa. Lepiej zginąć, niż wyprzeć się swoich dewiacji. Co więcej, etykietowanie mnie dewiantem sprawiało mi zawsze niekła­maną, wprost niewyobrażalną radość. Gdybym pozbył się świadomości, iż przynajmniej od czasu do czasu, w tych lub innych okolicznościach, postrzegany jestem jako dewiant, cierpiałbym bezgranicznie.

Ostatnia książka z trylogii doktora to „Filozofia Diabła”. O ile w pierwszych częściach mamy do czynienia ze sferą pozytywną opowiadającą „jak jest” to w ostatniej dominuje już podejście normatywne odpowiadające na pytanie „jak być powinno?” Dr Kardaszewski, który od Marksa wyraźnie się dystansuje to jednak 11 tezę o Feurebachu zrozumiał i nie tylko interpretuje otaczający go świat, lecz także przedstawia receptę zmian na lepsze. Według niego na lepsze. Dla mnie niekoniecznie. Głównym postulatem doktora wydaje się być powszechny dochód gwarantowany – podatek negatywny. I zdawałoby się, że to wszystko, lecz jednak nie. Oczywiście można w swojej lewicowości iść dalej i postulować jak komuniści nacjonalizację i konfiskatę, ale w tym kierunku dr Kardaszewski niestety nie podąża. Dla niego realny socjalizm to już państwo nadopiekuńcze. Ideałem jest keynesistowskie państwo dobrobytu. Tak się jednak składa, że polska lewica ów model zna i mocno forsuje. Przykładowo – Wojciech Orliński pisze o sprawnym kapitalizmie lat 50-60 w USA, Piotr Szumlewicz na antenie Superstacji mocno popiera model szwedzki. Ogólnie model skandynawski jest popularny w Polsce na lewicy, która odcinając się od komunizmu i realnego socjalizmu upatrzyła sobie „lepszy model”. Jacek Kardaszewski uważa jednak, że to za mało i on do swojego forsowania myśli Keynesa dokłada elementy psychiatryczno-nazistowskie. Nie zabrakło elementów szokujących.


Myśl lewicowa czy, szerzej, lewicująca, jeśli ma się przeciwstawić butnej — niczym ideologia III Rzeszy, (rzekomo „Tysiącletniej”) — ekonomicznie prawicowej ideolo­gii neoliberalnej, potrzebuje o wiele większej, niż dotychczas, dozy asertywności, żeby nie powiedzieć, agresywności. W prze­ciwieństwie do tego, czym jest teraz (to znaczy czymś, co przy­pomina stylem reklamy eDarling), powinna się ona stać, by tak rzec, po męsku bardziej umięśniona. Tylko muskularne myśle­nie, myślenie, które nie wzdraga się przed przemocą, rozumia­ną dosłownie i w przenośni, i które potrafi docenić zawierające się w przemocy tragiczne, dionizyjskie piękno, jest zdolne wy­łonić się ze strefy cienia, pogardy i zapomnienia.


Lud - w tym zakresie, w jakim domaga się gwarancji bezpie­czeństwa ekonomicznego — jest, czy chce tego czy nie chce, czy zdaje sobie z tego sprawę czy nie zdaje — duchową arystokra­cją, spadkobiercą etosu arystokratycznego. Kwestionuje dorobkiewiczowską zasadę sprawiedliwości społecznej, zgodnie z którą rynek jest ostateczną wyrocznią w zakresie dystrybucji zasobów. Z tego powodu lud, a zwłaszcza jego najbardziej rosz­czeniowo nastawionych przedstawicieli, można określić mia­nem „arystokratycznej podklasy”. Lider partii „Samoobrona”, Andrzej Lepper, o tyle, o ile domagał się wprowadzenia docho­du gwarantowanego — pomimo faktu,, że zarówno jemu, jak i jego otoczeniu, wychodziła mu często przysłowiowa „słoma z butów” — był w prostej linii duchowym potomkiem wyrafino­wanej arystokracji francuskiej.


Ponadto mamy do czynienia z wulgarną retoryką polegającą na tym, że mam w dupie rynek – chce się samorealizować i dajcie mi dochód bo inaczej wpierdol. Sam Kardaszewski pisze wprost, uprzedzając pytanie o argument na rzecz wprowadzenia dochodu gwarantowanego – liczy się argument siły.


Arystokratyczna podklasa skupia w sobie wielu ludzi aktyw­nych, którzy nie tyle nie potrafią, ile nie chcą służyć rynkowi. To, co rynek ma do zaoferowania swoim wiernym sługom, to znaczy bogactwo, nie jest ich absolutnym priorytetem. Doma­gają się raczej minimalnego dochodu, który umożliwiłby im służenie czemuś innemu niż wypełnianiu przepastnych jelit anonimowego konsumenta: własnej twórczości czy ideom takim jak ludzkość, naród, państwo, wiara, lub bytom konkret­nym, czyli wybranym jednostkom z krwi i kości” — słowem, tak zwanym „wyższym celom”.


Oczywiście dochód ma być powszechny, ale Kardaszewski nie jest egalitarystą. Jemu marzy się rasa arystokratycznych panów:


Ktoś mógłby w tym miejscu spytać: czy uprawnienie do posługiwania sic przemocą ma być ograniczone jedynie do - jak się ich niekiedy nazy­wa - duchowych arystokratów czy do wszystkich, w tym tych, którzy nie wyróżniają się przymiotami duchowymi, a domagają się gwarancji bez­pieczeństwa socjalnego? Gdyby ograniczało się ono do tych pierwszych, to ten czy inny pięknoduch, w rodzaju Raskolnikowa, z chęcią by się ze mną zgodził, abstrahując oczywiście od zastrzeżeń, dotyczących możli­wości praktycznej realizacji takiego pomysłu; jeśli jednak owo uprawnie­nie miałoby obejmować „motłoch”, to stanowczo zaprotestuje przeciwko tej idei oraz jakimkolwiek próbom wprowadzania jej w życie. Jeden z takich pięknoduchów zadał mi pytanie o to, czy nie dostrzegam, że rezultatem postulowanej przeze mnie polityki nie byłyby jedynie nielicz­ne wysokie i rozłożyste drzewa, lecz - w ogromnej większości - najzwy­klejsza trawa (metafora, której społecznego sensu nie muszę oczywiście tłumaczyć).


W książce „Filozofia Diabła” jest także wiele ciekawych wstawek antykapitalistycznych, które moim zdaniem poza większym wkurzeniem się na system nie wnoszą wiele. W dodatku potrafią tylko zamotać czytelnika:


Nie o przysłowiowy chleb tu przede wszystkim cho­dzi, lecz o prestiż.


Naiwnością - nawiasem mówiąc, często spotykaną (zwłaszcza u liberałów gospodarczych) - byłoby sądzić, że ludzkie potrzeby i pragnienia mają wyłącznie charakter absolutny, a nie, dodatkowo, zrelatywizowany, mianowicie do tego, co mają inni. To samo, wbrew założeniom klasycz­nej mikroekonomii — można powiedzieć o użyteczności, która zazwyczaj przejawia się w obu tych wymiarach jednocześnie. Pomijając wyjątki, takie jak sytuacja, gdy ktoś umiera na pustyni z braku wody, nie jest to prawdą. Gdyby nią było, to technologia już dawno rozwiązałaby wszyst­kie problemy społeczne. Jednak - jako że zaspokajanie swoich potrzeb materialnych jest — w licznych przypadkach, jeśli nie w ich większości jedynie sposobem doświadczania swojej wyższości nad innymi względ­nie swojej wobec nich niższości - tak się nie stało i nigdy się nie stanie.


Fajnie, że autor widzi problem sprzeczności i względności ludzkich potrzeb. Szkoda jednak, że nie dostrzega, że tego problemu nie rozwiązuje dochód gwarantowany. Co więcej – ów dochód tylko go pogłębia. Skoro już nie brzydzimy się przemocą i widzimy tego typu problemy to dlaczego nie forsować jakiegoś neobolszewizmu? To już jednak za dużo dla Jacka Kardaszewskiego. Na szczęście kiedyś podczas dyskusji ze mną przyznał, że sympatyzuje z Hilarym Mincem, jeśli chodzi o tępienie drobnomieszczaństwa.

Bardzo spodobała mi się definicja godności ludzkiej podana przez autora: 

O godności wiele się mówi nie definiując jej. Moim zdaniem, godność to jest ten element poczucia własnej wartości każdej jednostki, która jej przysługuje niezależnie od tego, czy i na ile przydaje się innym. Innymi słowy, godność to ta część poczucia własnej wartości człowieka, jaka po­zostaje po odjęciu wartości użytkowej, jaką może mieć dla innych oraz wartości wymiennej, jaką jest w stanie uzyskać na rynku.


Człowiek godny to ktoś, kto - pozostając w takim nastroju - rozpoznaje w sobie wartość absolutną. Taki człowiek jest substancją, czyli bytem, który swój fundament aksjologiczny ma w sobie, a nie w innych ludziach, będących substancjami, względnie w relacjach eliminujących wszelką substancjalność. Jako taki jest on moralnie suwerenny.


Doktor stara się także wzbudzić szok analizując zjawisko agresywnego marketingu:

Śladów odwoływania się do lęku można doszukać się w każdej reklamie. Komunikat formuło­wany w metajęzyku, a nie w języku, brzmieć będzie wtedy przykładowo w następujący sposób. „Czy chcesz, aby twoje marzenia dotyczące podobania się innym (kobietom lub mężczyznom), na skutek posiadania ta­kiego, a nie innego domu, takiego, a nie innego samochodu, takich lub innych perfum (wody kolońskiej), takiego lub innego telefonu komórko­wego itd., pozostały na zawsze tylko marzeniami? Czy chcesz pozostać nikim i nie mieć nic, tylko dlatego że nie skorzystasz z oferowanego ci przez nas na wyjątkowo korzystnych warunkach kredytu? Wreszcie, czy chcesz, nie kupując niczego, zostać wyrzucony (wyrzucona) poza nawias konsumpcyjnego, neoliberalnego społeczeństwa? Czy chcesz, aby zaliczo­no cię do ‘trybalistów’, ‘moherów’ czy ‘oszołomów’ itp.? Czy chcesz zostać reliktem społeczeństwa zamkniętego i stracić z tego powodu wszystkich swoich wpływowych znajomych, a w dalszej konsekwencji skazać swoje potomstwo na bezrobocie?”


No ale sam pisał, że nie o chleb chodzi, lecz o prestiż. Czemu więc potem narzeka na marketing?

Znajdziemy u Kardaszewskiego także nową strategię dla lewicy:

Lewica czerpie swoją moc ze złości, jaka zawiera się w uczuciu zawiści. W oparciu o tę złośliwą, chorobliwą moc, dokonuje przewartościowania wartości. Nie może być inaczej: lewicowość nie jest opcją przeznaczoną dla życiowo wygranych, lecz dla życiowo przegranych. Jest naturalnym stanowiskiem arystokratycznej podklasy, której nie należy mylić z elitą. Lewica, jeśli chce pozostać lewicą, powinna, jak od ognia, stronić od indywidualnego sukcesu - przy­najmniej w znaczeniu, w jakim słowo sukces jest pojmowane w ideologii mieszczańskiej: opierającego się na materialnym dostatku zadowolenia. Nie znaczy to wcale, że powinna stronić od indywidualizmu.

Czyżby nie zauważył on, że lewica nie mówi tylko o kolektywizmie, lecz także o alienacji? O tej samej alienacji mówi także on sam tu i ówdzie:

Łatwiej przystosowywać się, że tak powiem, z łaski, poprzez spełnienie z góry wiadomych wyma­gań, niż nieustannie zachodzić w głowę, w jaki sposób postąpić, aby na­sza gotowość do przystosowania się nie została odrzucona. To pierwsze wymaga zaangażowania jedynie części własnej osobowości, to drugie jej całości. Tym właśnie różni się twardy totalitaryzm państwa od miękkiego totalitaryzmu rynku. Alienacja, jakiej doświadcza ktoś, kto wbrew swojej woli bierze udział w pochodzie pierwszomajowym, jest bez porównania mniejsza niż alienacja, jakiej doświadcza niezależny dystrybutor, który, jak to często obecnie bywa, zajmuje się akwizycją raczej z braku innych możliwości niż z powołania. W społeczeństwie niezależnych dystrybuto­rów osoby, które z racji właściwej im psychofizycznej konstytucji zmu­szone są poszukiwać swojej tożsamości w sobie raczej niż w otaczającej je rzeczywistości, doświadczają szczególnie dotkliwego wyobcowania.


Tutaj przydałby się obrazek. Tych jednak w książkach Kardaszewskiego brakuje. Zero wykresów, zero obrazków. Czysty tekst. Zupełnie jak u Misesa. Miłośnicy Misesa powinni czuć się zadowoleni. Ja jednak obrazek opisujący patologie neoliberalizmu zapodam tutaj.


Na samym końcu doktor pisze o strategii resentymentu zaczerpniętej od Nietzschego. Nie zamierzam tutaj tego dokładnie opisywać. Można o tym posłuchać w nagraniu ze spotkania w siedzibie Niklota w Warszawie. Dla tych, którym się nie chce oglądać tej relacji, ale jakoś doczytali do tego momentu zapodam te 2 paragrafy:


Zadaniem lewicy jest bronić pokrzywdzonych, trudno jednak ich bronić, skoro sami siebie nie postrzegają jako pokrzywdzonych, a jeśli nawet jako takich się postrzegają, to na sposób partykularny, a nie uni­wersalny. Są pokrzywdzeni geje, kobiety itd., nie ma jednak pokrzywdzo­nej klasy niższej.


Awangarda rewolucyjna powinna skupić się na destrukcji ma­rzeń, czy jak kto woli, społecznego systemu fantazji, zgodnie z którym w należeniu do klasy niższej nie ma nic atrakcyjnego. Powinna, paradoksalnie, wskazać na wyjątkową atrakcyjność tego położenia. Na swojego rodzaju wybranie, jakie temu to­warzyszy. Słowem, powinna zaszczepić świadomość wyższości z tytułu niższości. Ten, kto powiada, jestem lepszy, bo jestem gorszy, jest prawdziwym rewolucjonistą, jest materiałem na bombę, która, jeśli inni podążą jego śladem, prędzej czy później wybuchnie.

W dodatku pojawiają się wątki nacjonalistyczne.

Jeśli chodzi o etos polski, to powinien porzucić on swoje zorientowanie na całkowicie mu obce wartości anglosaskie, albowiem, w istocie, jest on idealistyczny i jako taki niewiele różni się on od wiodących etosów Eu­ropy kontynentalnej. Wystarczy wskazać na szczególną rolę polskie] inteligencji, która nie ma swojego odpowiednika w anglosaskiej kulturze ekspertów, a także na polską, romantyczną tradycję powstańczą i mesjanistyczną. Aczkolwiek ta ostatnia powinna stać się nieco twardsza, i bar­dziej sadystyczna niż, tak jak miało to miejsce dotychczas, ma­sochistyczna. Należy ponadto nadać jej bardziej radykalną formę, taką na przykład, jaka zawiera się w hiszpańskim zawołaniu „Nich żyje śmierć!”. Należy też wyzbyć się polskiej awersji do siły i władzy, której źródło tkwi głównie w tym, że — ze względów historycz­nych - kojarzą nam się one z cechami narodów, które, właśnie dlatego, że nie podzielały tej awersji, były w stanie nas uciskać. Warto też zauważyć, iż jedną z postaw, która - pomijając kilku anglofilów — nigdy nie zamanifestowała się w sposób znaczący w polskiej tradycji, był praktycyzm czy kult mieszczaństwa, tak ceniony przez angielskich wyspiarzy. Z kolei z tradycji żydow­skiej, do której Polacy są przywiązani za pośrednictwem kato­licyzmu, powinniśmy zaczerpnąć głównie to, co buduje naszą siłę, a mianowicie głęboko zakorzenioną ideę supremacji naro­dowej. Z jednym wszakże zastrzeżeniem, dotyczącym koniecz­ności przepuszczenia tejże idei przez — obcą Żydom - katolicką predylekcję do duchowości (polegającą na tym, że ważne jest raczej to, co się robi, niż to, co się myśli i czuje).

Nikt nie ceni tych, którzy nie cenią samych siebie.

Nie dostrzegam natomiast żadnych korzyści dla Polaków z wtłaczania ich w angielskie czy amerykańskie kostiumy, szyte na zupełnie inną od nich miarę. Jeśli chodzi o metody zarządzania, wzorowane na anglosaskich, to prowadzą one - jak każdy może zaobserwować - do katastrofy, jaką jest malejąca liczba urodzeń, obecny, opłakany stan polskiej infrastruktury (zarówno społecznej jak i technicznej) oraz armii, jak również niewiel­ka innowacyjność i ekspansywność polskich przedsiębiorstw - przedsię­biorstw, którym w ostatecznym rachunku, bardziej niż czegokolwiek in­nego, brakuje imperialnych motywacji.


Nierządzenie pozostawmy tym, którzy są z natury zorganizo­wani. My, Polacy, jako z natury niezorganizowani, doceniajmy państwo zamiast, tak jak oni, ograniczać je i tępić. polska to nie wyspa, bezpieczna w swoich naturalnych grani­cach, nie stanowi też, jak na razie, potęgi w żadnym możliwym sensie. Z geograficznego punktu widzenia nie jest naturalnie zamknięta, lecz naturalnie otwarta, otwierajmy się więc z wy­rachowaniem i umiarem. Nikt nigdy nie odniesie jakkolwiek pojętego sukcesu, udając, że jest kimś, kim nie jest i nigdy nie będzie. Zasada ta ma zasto­sowanie zarówno do jednostki jak i zbiorowości, takiej zwłasz­cza, jaką jest naród.


Nacjonalizm niekatolicki, antyliberalny lecz wywodzący się z indywidualizmu.


Poza tym swoistym nacjonalizmem mamy też socjaldemokrację gardzącą egalitaryzmem. Swoisty gulasz ideologiczny – narodowa socjaldemokracja. Jak dla mnie te elementy są całkowicie niekompatybilne. Po co dzielić ludzi wg nacji skoro wszystkim dajemy socjal w imię godności? Po co w ogóle cała ta gadka o duchowej arystokracji? Jeśli jednak interesuje nas naród, który wypływa z samodzielności jednostki obdarzonej niezależnością przez dochód gwarantowany to obserwując doświadczenia krajów zachodnich rozległy socjal nie służy polityce narodowościowej. Oczywiście nadal można realizować politykę narodową utrzymując miliony obcokrajowców na socjale. Jest przecież polityka zagraniczna, obronna, wspieranie wielkich krajowych firm. O tym jednak Kardaszewski nie pisze. Podsumowując moje zdanie na temat wywodów Kardaszewskiego:

1) antyliberalizm OK.

2) antypsychiatria – tutaj jako mam obiekcję z powodu zbytniego pogmatwania. Dziedzina ta jest dość młoda w nauce.

3) keynesizm – tutaj podobnie jak Rothbard wolę Marksa.

4) resentyment – całkiem niegłupie

5) nacjonalizm – piąte koło u wozu.

3 tom kończy się przedrukiem wywiadów z doktorem – z portalu xportal.pl i konserwatyzm.pl. Potem jeszcze recenzja dzieł Kardaszewskiego autorstwa Tadeusza Pietrasa. Ten zabieg to moim zdaniem marketingowe zagranie pogrubiające książkę. Po co drukować coś, co miało iść i ukazało się w Internecie? To tak jakby do sprzedanej sztuki produktu dołączać materiał reklamujący ten produkt. Wychodzi na to, że kupując 3 tom kupujemy także reklamę trylogii. Na szczęście 3 tom i tak jest najciekawszy.

Trylogia Jacka Kardaszewskiego to zdecydowanie ciekawe dzieło. Stanowi ono próbę połączenia myśli psychiatrycznej i ekonomicznej. Dzieło powinno się czytać całościowo, ponieważ mimo, że trzecia cześć zdaje się być najciekawsza (przynajmniej dla mnie) to ciężko zrozumieć go w pełni bez przeczytania dwóch poprzednich tomów. Można się zgadzać i nie zgadzać, ale nie o to zawsze chodzi. Doktor prowokuje do myślenia i głębokiej autorefleksji. Czytelnik niezbyt obeznany w ekonomii i psychologii znajdzie tam dość dobrze przeprowadzoną analizę dzisiejszych zjawisk. Czytelnik nie będący przysłowiowym lemingiem także znajdzie coś dla siebie – okazję do zrewidowania albo głębszego ugruntowania swoich poglądów. Gorąco polecam, zwłaszcza tym, którzy są zainteresowani ekonomią, filozofią i psychologią, a nie tylko ideologicznym pudelkiem i tanią sensacją, że doktor Kardaszewski to wariat. Internetowi bohaterzy powtarzają tylko oczywistą oczywistość o głupocie autora albowiem sam doktor twierdzi, że normalny nie jest. Niech więc kiszą się w swojej „normalności”. Pozostali, którzy dostrzegają, że cały system jest nienormalny i tylko wariat zachowuje resztki rozumu (niekoniecznie na sposób praktykowany przez samego Kardaszewskiego) niech śmiało sięgną po trylogię.

Michał Gozdera vel Cokeman

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz